Pogańska Fantazy

Uwaga! W dialogach poniższego tekstu można napotkać się na wulgaryzmy. 😉

Minęły dwie noce odkąd Wilhelm wraz ze swoją rycerską drużyną splądrował niewielką świątynię Pergubriusa ukrytą głęboko wśród galindzkiej puszczy. Nigdy wcześniej, aż do tej pory, nie wierzył w opowieści o magii, smokach czy elfach snute podczas uczt i długich zabaw przez jego ojca i dziada w rodzinnym zamku, w wielkiej kamiennej komnacie zdobionej herbowymi tarczami zdobytymi na wrogach. Obydwoje byli rycerskimi rębajłami, awanturnikami szukającymi sławy, krwi i łupów gdzie się tylko dało i to właśnie te poszukiwania zagnały ich aż do dalekiej krainy Prusów gdy tylko papież ogłosił krucjatę przeciw ostatnim ludom pogańskim, tym samym odmawiając im prawa do istnienia. Spędzili tam pięć długich lat, wraz z rycerzami Czarnego Krzyża zmuszając miejscowe plemiona do przyjęcia wiary w ukrzyżowanego Boga, nazywając go Jedynym i każąc zapomnieć o innych o wiele bliższych i przychylniejszych ludziom bóstwach. Niszczyli przy tym wszystko co spotkali na drodze. Plądrowali wioski, palili święte gaje, gwałcili kobiety i zabijali mężczyzn zostawiając za sobą krwawy szlak opuszczonej ziemi. Gdy po długiej nieobecności powrócili do ojczyzny przywieźli ze sobą skrzynie pełne bursztynu, srebra i drogich kamieni oraz opowieści o jakich nikt od dawna na Zachodzie nie słyszał. Mówili o magii którą władali kapłani Starych Bogów, tak potężnej że czasami potrafiła ona zdmuchnąć z konia rycerza galopującego w pełnej zbroi lub spopielić kilku knechtów naraz. Opowiadali o poruszających się drzewach, leśnych duchach, jaskiniach pilnowanych przez smoki i jeziorach zamieszkiwanych przez utopce. Wiele mniejszych oddziałów zaginęło w lesie bez wieści a zwiadowcy którzy zdołali powrócić z najdalszych pruskich krain przysięgali że musieli mierzyć się z postaciami do złudzenia przypominającymi mityczne krasnoludy i elfy. Nawet dziad Wilhelma, z racji swej postury nazywany Bykiem, chwalił się że stoczył zwycięską walkę z kilkoma wilkołakami na dowód czego pokazywał lewą dłoń pozbawioną dwóch odgryzionych palców. Klął przy tym niemiłosiernie i przysięgał że wszystkim bestiom porozbijał łby. Sam Wilhelm znający usposobienie swych przodków nigdy nie odważył się zapytać ile jest prawdy w tych opowieściach, jednakże uważał je za efekt nadmiernego pijaństwa i wybujałej rycerskiej wyobraźni. Sam w ojczyźnie zachowywał się podobnie wszczynając krwawe awantury, pijąc na umór i co chwila przechwalając się swoimi rozbójniczymi dokonaniami. Nigdy nie planował jednak opuszczać na dłużej swych posiadłości a już na pewno nie uśmiechała mu się daleka i męcząca podróż na krucjatę. Po jakimś czasie okazała się jednak że zgwałcił zbyt wiele kobiet i zabił zbyt wielu mężczyzn aby móc spokojnie siedzieć przez dłuższy czas na jednym miejscu – musiał wybrać pomiędzy śmiercią z ręki możnych wrogów a oddaniem się pod opiekę papieża i walką w jego imieniu. Akurat w tym czasie w krajach pogańskich wybuchło wielkie powstanie które niemal zmiotło z powierzchni ziemi Zakon Czarnego Krzyża. Dramatyczne błagania o pomoc wysyłane przez zakonnych braci na cztery strony świata były doskonałym pretekstem do podjęcia właściwej decyzji.

Zaraz po przybyciu do jednego z ostatnich ocalałych portów zakonu Wilhelm naraził się samemu wielkiemu mistrzowi nazywając jego kuzyna posłańcem, tchórzem i smarkaczem gdy ten wspomniał mu coś na temat driad ukrywających się w pobliskim lesie. Tolerowano go jednak gdyż przywiózł ze sobą dwie setki uzbrojonych w kusze piechurów oraz kilkudziesięciu pasowanych rycerzy w ciężkich zbrojach. Sam również budził postrach swą niedźwiedzią posturą i brutalnością zadziwiającą nawet braci zakonnych którzy słynęli z okrucieństwa wobec schwytanych jeńców i podbitych przez siebie plemion. Nie chcąc zbyt długo trzymać przy sobie tak kłopotliwego i gwałtownego gościa a jednocześnie pragnąc zemścić się na Poganach za ostatnie klęski kapituła zakonna już po tygodniu przydzieliła mu przewodnika, zdrajcę z plemienia Sambów który zawiesił na szyi krzyż w zamian za tytuł szlachecki i ziemię, po czym posłała go do walki z powstańcami.

Żądny krwi i sławy rycerz od razu puścił z dymem kilka drewnianych chat położonych nad malowniczym jeziorem zarzynając bez mrugnięcia okiem wszystkich napotkanych mieszkańców – nie zapomniał nawet o kilku kozach pasących się na polance tuż obok piaszczystego brzegu jeziora. Dzień później jego ludzie starli się z oddziałem ubranych w proste skórzane stroje łuczniczek – kobiety strzelały o wiele celniej i szybciej niż kusznicy jednocześnie przez cały czas kryjąc się za drzewami i wynik starcia mógłby dla ludzi Wilhelma okazać się niepomyślny gdyby nie to że groty ich strzał używane zwykle do polowań z trudnością przebijały kolczugi nie mówiąc już o ciężkich rycerskich zbrojach. Przed przybyciem do Prus jak i w samym Królewcu wszyscy żołnierze gadali o tym że pogańskie kobiety walczą ramie w ramię z mężczyznami a niekiedy potrafią ich nawet przewyższyć w sztuce wojennej. Niewielu w to jednak wierzyło toteż gdy wojowniczki wycofały się w głąb puszczy, rycerze przez długi czas przyglądali się kilku ciałom ich zabitych towarzyszek które pozostały na placu boju. Wszystkie były młode i piękne, mimo iż żyły w lesie ich prosta i naturalna uroda przewyższała damy widziane na Zachodzie. Można było wręcz stwierdzić że nie mogą to być kobiety z ludzkiego plemienia, nikt jednak nie odważył się powiedzieć tego głośno tym bardziej że Wilhelm był wściekły. Wojowniczki nie nosiły żadnych zbroi a jedyną bronią jaką posiadały były długie noże i strzały z kamiennymi grotami – mimo to zginęło czternastu jego doskonale uzbrojonych piechurów najętych aż w Italii za brzęczącą monetę. Nie udało się też schwytać żywcem żadnej z nich więc jedyną szansę aby dowiedzieć się kim tak naprawdę były stanowił szybki pościg przez gęsty las a do tego nikt za bardzo się nie kwapił.

– Rozpłynęły się wśród drzew niczym duchy, prawie śladu nie widać mój panie. Za kilka godzin zajdzie słońce a one w tym czasie ukryją się na moczarach – stwierdził po krótkich oględzinach przewodnik po czym z zadowoloną miną dodał że najlepiej będzie jeśli zajmą się teraz rozbiciem obozu i przygotowywaniem posiłku a nie uganianiem się po bagnach za pozostałymi przy życiu dzikuskami. To jeszcze bardziej rozsierdziło kipiącego złością rycerza oraz kilku jego najwyżej urodzonych towarzyszy którzy nadęli się jak żaby i stwierdzili że z kilkoma biegającymi po lesie babami dadzą sobie radę nawet po ciemku a ci którzy obawiają się ruszyć w pościg nie są godni nazywania siebie mężczyznami o noszeniu rycerskich pasów nie wspominając. Najemnicy nie mieli w tej sprawie zbyt wiele do powiedzenia – płacono im za zabijanie i za milczenie.

Chcąc nie chcąc tropiciel musiał wyruszyć w trudną drogę wcale nie będąc pewnym czy podąża we właściwym kierunku. Doskonale wiedział z jakimi to wojowniczkami ma do czynienia, zdążył już jednak na tyle poznać rycerstwo świeżo przybywające na krucjatę że postanowił trzymać język za zębami. Zbytnia gadatliwość mogła łatwo sprawić że zawisłby na pobliskim drzewie lub trafił do zakonnego lochu a tego wolał uniknąć. Jakoś świeżo nawrócony Poganin musiał pilnować się przy każdym kroku i każdym wypowiadanym słowie …

Z godziny na godzinę las stawał się coraz bardziej gęsty a ślady coraz mniej wyraźne. Korony drzew tworzyły zwarte sklepienie przepuszczające niewiele światła, poskręcane korzenie i sięgające do pasa paprocie utrudniały marsz. Na domiar złego rzęsisty deszcz w kilka minut przemoczył ludzi do suchej nitki zamieniając watowane kaftany wkładane pod zbroje w ciężkie i śmierdzące szmaty. Rycerze musieli zsiąść z koni i mieczami torować sobie drogę przez gęstwinę. – No drogi panie zaczynam tracić cierpliwość … Jak długo mamy błądzić po tym przeklętym lesie!? Nie jesteście aby w zmowie z tymi wiedźmami które nas dziś napadły i nie prowadzicie nas w zasadzkę? Jeśli tak to wypruje z was flaki i nakarmię nimi moje dwa brytany.

Diuk de Loiret noszący czerwoną różę na tarczy zaczynał się wyraźnie niecierpliwić i wyżywał się na wszystkich którzy weszli mu w drogę a w szczególności na idącym tuż przed nim przewodniku. Ten jednak nie zwracał zbytniej uwagi na jego słowa. Wychował się w puszczy od dziecka polując i przemierzając najdziksze regiony swej ojczyzny. Mimo iż ślad był bardzo niewyraźny a las zdawał się mu przeszkadzać szedł pewnie w obranym kierunku cały czas zmierzając na wschód. Nie był jednak zbyt odważny i gdyby nie to że wierzył w siłę żelaznej rycerskiej pięści nigdy nie zdecydowałby się na tropienie wrogiego oddziału. W razie schwytania jako zdrajca nie mógł liczyć na niczyją litość, wręcz przeciwnie powinien się spodziewać wymyślnej i okrutnej egzekucji.

W końcu, gdy słońce skryło się już za koronami drzew, udało mu się wyprowadzić cały oddział na niewielką polanę otoczoną sędziwymi dębami. Na samym jej środku, wokół dużego ogniska które mimo padającego deszczu płonęło dziwnym błękitnym blaskiem stało kilka zakapturzonych, wysokich postaci. Niedaleko pod konarami najpotężniejszego z dębów znajdował się prymitywny szałas sklecony z gałęzi i liści. Nie mogły to być ścigane przez krzyżowców łuczniczki – każda z nich była o wiele niższa, poza tym wcześniejszą walkę z pewnością zdołała przeżyć ponad setka kobiet. – Kim jesteście? Gadać byle prędko!- Wilhelm wysunął się na czoło oddziału chrzęszcząc zbroją i wyciągając z za pasa ciężki buzdygan. Z początku zapanowała cisza przerywana jedynie odgłosami padającego deszczu i niepokojących się coraz bardziej koni. Nikt nie odpowiedział. Dopiero za drugim razem gdy rycerz powtórzył swe wezwanie ukwiecając je na przemian imionami chrześcijańskich świętych i najgorszymi przekleństwami jedna z zakapturzonych postaci odwróciła się w jego stronę. Siwobrody starzec w prostym lnianym stroju, z pięknym naszyjnikiem zrobionym z kłów i pazurów olbrzymiego niedźwiedzia wiszącym na szyi. Mimo sędziwego wieku jego oczy wciąż świeciły młodzieńczym blaskiem a wyprostowana sylwetka z powodzeniem mogłaby należeć do wojownika w sile wieku. Przewodnik natychmiast rozpoznał w nim kapłana Starych Bogów.

– Odejdźcie stąd. Ten las jest święty i nie należy ani do was ani do waszego Boga! Nie zniesie waszej obecności, nie w tych żelaznych buciorach które nosicie raniąc naszą ziemię. Najpierw musielibyście je zdjąć i nauczyć się szacunku do tutejszej trawy i liści. Tutaj nikt poza wielkim Pergubriusem, panem tego miejsca nie ma prawa mi rozkazywać – starzec mówił stanowczo ale i spokojnie, tak jakby przeganiał ze świątyni wędrownego handlarza a nie dwie setki uzbrojonych po zęby krzyżowców.

– Jak śmiesz się tak zwracać do prawych chrześcijan staruchu! Szatański z ciebie pomiot, odprawiasz tu gusła, czcisz pogańskie Baby zamiast prawdziwego Boga i zamiast błagać o litość jeszcze śmiesz tak butnie się do nas odzywać?! Nie po to tu przyjechałem żeby słuchać podobnych bluźnierstw! – powiedział młody rycerz przez wszystkich nazywany Bohrsem po czym ruszył w kierunku kapłana najwyraźniej pragnąc rozwalić mu łeb żelazną rękawicą. Wilhelm również zrobił ruch jakby chciał zamachnąć się swym buzdyganem jednakże obu powstrzymał Diuk de Loiret kładąc im ręce na ramionach i z drapieżnym uśmiechem spoglądając to na jednego to na drugiego. – Powstrzymajcie się choć przez chwilę panowie. W końcu przybyliśmy tu by nawracać zbłąkane dusze czyż nie? Jeśli nasz przyjaciel postanowi mimo wszystko wstąpić na właściwą drogę to przecież i on i jego towarzysze którzy nie raczyli nas zaszczycić nawet spojrzeniem będą mogli uniknąć wielu nieprzyjemnych konsekwencji a może i liczyć na jakąś nagrodę któż wie – rzucił wyzywające spojrzenie starcowi – nie będzie trzeba nikogo wieszać, palić ani przesłuchiwać. Zastanówcie się nad tym starcze bo nie widzę tu waszego Pergubriusa. Pomyślcie o czwórce waszych towarzyszy których tu widzę, na pewno są wam bliscy i nie chcecie widzieć ich wiszących na drzewie z wyprutymi flakami. Bądźcie rozsądni jak wam wasz wiek nakazuje, przyjmijcie prawdziwego Boga za swego i jedźcie z nami do Królewca a na pewno nie pożałujecie –

– No więc jak? Decydujcie się! I dziękujcie obecnemu tu diukowi na kolanach bo według mnie takich jak wy powinno się rozdeptywać na miejscu jak robaki … – Wilhelm nie był zadowolony z obrotu sprawy jednak uznał że publiczne nawrócenie na chrześcijaństwo sędziwego pogańskiego kapłana przysporzy mu więcej korzyści niż zabicie go na miejscu. Na Zachodzie obecność zbrojnej drużyny była niepodważalnym argumentem w każdej sprawie, niezależnie od tego na jaki temat dyskutowano więc rycerz spodziewał się że tutaj będzie tak samo … w końcu nawet świątobliwi biskupi przyznawali mu racje gdy przystawiło się im miecz do piersi.

Starzec przez dłuższy czas stał przed nimi z opuszczoną głową sprawiając wrażenie pogrążonego w myślach. Nie poruszał się ani nic nie mówił. Gwałtowny podmuch wiatru zerwał kilka liści ze świętych drzew, ulewny deszcz nie dawał o sobie zapomnieć. Zakapturzone postacie nadal czuwały nad ogniskiem wydając się nie zwracać uwagi na to co dzieje się obok nich. – A więc to święte miejsce spłynie dziś krwią, Pergubrius przyjmie dziś ofiarę złożoną z naszej wierności. Można się było tego spodziewać skoro wkroczyliście do naszego lasu – głos kapłana przemawiał jakby z oddali, mroził krew w żyłach – ale to nie będzie to tylko nasza krew lecz także i wasza. Dałem wam możliwość odejścia w pokoju choć sam nie zaznałbym tej łaski gdybym wraz z moimi braćmi ośmielił się wejść do którejś z waszych świą …

-Kurwa, dosyć tego! – Bohrs zamachnął się potężnie toporem najwyraźniej nie zamierzając ani stać ani odejść w pokoju. Starzec był szybszy. Zwinnie uniknął ciosu jednocześnie wyciągając ukryty do tej pory kościany sztylet, po czym wykorzystując swój impet z olbrzymią siłą wbił go w szyję młodego rycerza bezbłędnie trafiając pomiędzy płytę zbroi a hełm. Pierwsza krew zmieszała się z kroplami padającego deszczu. W tym samym czasie jak na wydany przez dobrego dowódcę rozkaz cztery postacie stojące do tej pory przy ogniu zrzuciły z siebie płaszcze odsłaniając swe oblicza i długie gotowe do strzału łuki. Mężczyźni byli o wiele młodsi od sędziwego kapłana i nie mieli naszyjników z niedźwiedzich kłów, nosili też barwniejsze stroje a ich brody i włosy były powiązane w fantastyczne warkocze. W przeciwieństwie do kompletnie zaskoczonych rozwojem sytuacji kuszników których dodatkowo oślepił kolejny silny podmuch wiatru niosący ze sobą chmurę mokrych liści byli gotowi do walki i natychmiast zaczęli rozsyłać dookoła śmiercionośne strzały. -Ludzie do mnie! Kupą na nich, ubić jak psów! – Wilhelm pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia, miał też broń pod ręką. Rozpłatał czaszkę kapłana na kilka części jednak zanim udało mu się zadać miażdżący cios i jego krew zrosiła trawę. Starzec zdążył jeszcze podnieść z ziemi topór upuszczony przez Bohrsa i ciął nim z całej siły w kolano swego przeciwnika. Tylko dzięki zbroi wykonanej z najlepszej stali rycerz nie stracił nogi. Diuk de Loiret padł na ziemię ze strzałą wbitą w oko tuż obok przewodnika którego wnętrznościami jeszcze niedawno chciał nakarmić swoje psy. Nim najemnicy zdążyli zasiec łuczników mieczami sześciu z nich również mimowolnie złożyło krwawą ofiarę dla Pergubriusa. Najstarszy z obecnych na wyprawie nobilów, prawie siedemdziesięcioletni pan na zamku Yonne dostał zawału i osunął się na ziemię niczym worek pełen żyta. Dwie noce później Wilhelm zaczął wierzyć w opowieści swych przodków.

– Skurwysyn! Rozwalił mi kulasa staruch jeden! Wszystko przez tego francuskiego idiotę, w klechę mu się zabawiać zachciało, pogan nawracać … Żeby się tak na czarcim rożnie teraz obracał kurwa jego mać! – mimo osłony jaką dawał żelazny nakolannik topór zatrzymał się dopiero na kości Wilhelma o mały włos nie przecinając ścięgien i zadając przy tym dotkliwy ból, przez cały czas doprowadzający go do szału.

Sytuacja całego oddziału też nie wyglądała zbyt ciekawie. Po śmierci przewodnika nikt nie potrafił wskazać drogi do najbliższej wioski czy posterunku zakonnego ani nawet powiedzieć z kąt tak naprawdę przybyli. Żaden z wysłanych na zwiady ludzi już nie powrócił. Las stał się jeszcze bardziej niedostępny, dziki i przede wszystkim wrogi. Niechęć do stąpających po nim krzyżowców stała się gęsta jak smoła, wręcz namacalna. Wszystkie pękające pod stopami gałęzie zdawały się jęczeć niczym mordowani ludzie wzywający swych braci do pomsty za swoje krzywdy. Kolczaste krzewy i pnącza utrudniały każdy krok. Do tego przez cały czas padał zimny deszcz najbardziej dający się we znaki ciepłolubnym włoskim najemnikom. W końcu, po dwóch dniach wyczerpującego marszu donikąd rycerstwo zdecydowało o rozbiciu obozu na kolejny nocleg. Niewielka skała na którą natrafili dawała nawet pewną osłonę przed deszczem przez co pozwalała na rozpalenie ogniska nie wystarczającego oczywiście dla tak dużego oddziału. – Nie martwcie się kawalerze, wydobrzejecie już moja w tym głowa – jeden ze starszych piechurów z racji swej znajomości zakładania opatrunków pełniący rolę medyka próbował złagodzić atmosferę – a o tym guślarzu nie myślcie, obwiesiliśmy go przecie na drzewie żeby go kruki obżarły, ptaszyska kości porozwlekają i staruch nie będzie się miał jak stawić na Sąd Ostateczny –

– Teraz to gówno mnie to obchodzi – wnioskując z odpowiedzi Wilhelma atmosfera ani trochę nie została złagodzona – Jak za chwilę nie wydostaniemy się z tej przeklętej puszczy to i nas zeżrą kruki. Albo te półnagie dzikuski się do nas dobiorą. Pieprzone suki, tfu!

– Parszywa śmierć z babskiej ręki, niech święty Demetriusz, patron żołnierzy strzeże nas przed taką hańbą- najemnik przeżegnał się pobożnie najwyraźniej wyobrażając sobie co piękne wojowniczki mogły by z nim zrobić. – Nie za to mi kurwa płacą, mieliśmy walczyć w bitwach i zdobywać łupy a nie uganiać się po lasach! – przybyły właśnie z obchodów dowódca zaciężnego kontyngentu zaczął wyrażać swe niezadowolenie, pilnując aby nie wejść w zasięg buzdygana którym przez cały czas bawił się Wilhelm – Gdzie jest pogańskie złoto które obiecywaliście, gdzie bursztyn, gdzie srebro? Klimat tu taki że zdechnąć można … nawet dziewki bez broni nie uświadczysz … nie tak się umawialiśmy panie rycerzu, nie o tym była mowa …

– Zawrzyj gębę, taki już przeklęty los najemnika że idzie gdzie mu każą, walczy gdzie mu karzą a jak trzeba to i gwałci kogo karzą! Za to wam się płaci z góry … A łupy wojenne to hazard, są albo ich nie ma … nie moja wina żeście przywykli do Ziemi Świętej gdzie każdy Saracen aż kapie od złota jak pieczony prosiak od tłuszczu a każda dziewka od razu jest chętna! Jak wam źle to oddajcie miesięczny żołd i spieprzać mi pod zakonny bat albo gdzie was diabli poniosą! Zobaczymy czy wam będzie lepiej chciwe skurwysyny … gorsi jesteście od żydów, odpust papieski i nagroda w Królestwie Niebieskim wam wystarczyć powinna a nie żeby złoto od prawych rycerzy brać – żołnierz miał szczęście że rana rycerza uniemożliwiała mu szybkie poruszanie się, inaczej z pewnością podzieliłby los pogańskiego kapłana. Świadomość tego sprawiła że wycofał się na całkiem bezpieczną odległość, stając po drugiej stronie ogniska. Mógł co prawda wszcząć bunt wraz z podległymi sobie ludźmi i po prostu obrabować rycerzy, najemnicy czasem tak postępowali zwłaszcza gdy byli niezadowoleni ze swych pracodawców, zdawał sobie jednak sprawę że nie udało by mu się w takim wypadku wydostać z Prus. W Państwie Zakonnym od razu stałby się kimś wyjętym z pod prawa z wyrokiem śmierci i papieską klątwą na karku a nie mógłby przecież wraz ze swymi ludźmi szukać schronienia u Pogan. Poza tym najpierw należało myśleć o wydostaniu się z puszczy, bardzo możliwe że czekała ich walka z kolejnymi oddziałami powstańców. W takiej sytuacji kilkudziesięciu zaprawionych w bojach rycerskich awanturników mogło okazać się siłą nie do przecenienia.

Leśny Duch mknął przez puszczę niczym wicher mogący w kilka sekund pokonywać olbrzymie odległości. Nieprzebyte ciemności bezksiężycowej nocy nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody – bezbłędnie odnajdywał wydeptane przez zwierzęta ścieżki, potężnymi susami przeskakując powalone pnie i rowy wypełnione wodą. Mimo iż przez cały czas do poruszania się używał uzbrojonych w olbrzymie pazury łap nie zranił ani jednego drzewa, nawet najmniejszego krzaczka czy gałązki. Był pradawnym strażnikiem lasu i nie mógł krzywdzić tego co wieki temu powierzono jego opiece. Miał wiele imion i pojawiał się pod niezliczonymi postaciami, odzwierciedlając różnorodność natury i odradzającej się siły życiowej. Słowianie nazywali go gajowym i zwykle wyobrażali sobie jako siedzącego na kamieniu starca z zieloną brodą i trzcinowymi włosami, noszącego ubranie z mchów i paproci. Germanie uważali iż jest niewidocznym duchem natury który od czasu do czasu w postaci pojawiających się w oddali błędnych ogników wyprowadza wędrowców ze zdradliwych bagien lub też wręcz przeciwnie zwodzi ich i prowadzi w najdziksze ostępy. Plemiona pruskie natomiast nazywały go lepszym i zawsze składały mu ofiary w postaci glinianej miseczki pełnej piwa lub mleka. Mimo wielu krążących opowieści większość ludzi nie obawiała się Strażnika Lasów, żyjąc z nim w zgodzie i przyjaźni lub w najgorszym razie będąc mu obojętnym. Dzięki temu nie miał on powodu by z nimi walczyć – wręcz przeciwnie często doglądał ich plonów i trzód a nawet pozostawionych bez opieki dzieci. Jednak w chwili gdy ktoś zagrażał jego dziedzictwu, niszcząc, paląc, miażdżąc i rąbiąc bez potrzeby i bez szacunku zmieniał się nie do poznania przybierając swą mroczną, krwawą postać. Przyjazny i mądry duch stawał się niepowstrzymaną bestią siejącą wokół zniszczenie i śmierć niczym najstraszniejszy kataklizm. Wtedy nikt kto stawał mu na drodze nie miał szans na ujście z życiem. Puszcza spływała ludzką krwią a leśne drapieżniki przez wiele dni nie musiały polować. Tak stało się i tym razem …

Bestia bezszelestnie zakradła się w pobliże głazu przy którym obozowali krzyżowcy, podczołgując się do śpiącego w najlepsze wartownika na odległość zaledwie kilku metrów. Jej oczy świeciły czerwonym blaskiem, odbijając poświatę licznych ognisk które rozpalono zaraz po tym jak trzy godziny wcześniej przestał padać deszcz. Najemnicy uradowani że wreszcie mogą naprawdę odpocząć, wysuszyć się i ogrzać wypili całe wino jakie im pozostało wprawiając się w stan głębokiego szczęścia. Większość z nich leżała na ziemi śpiewając sprośne piosenki i pogryzając suszone mięso. Ci mniej wprawieni zginali się w pół rzygając gdzie popadnie. Rycerze nazywający siebie obrońcami moralności, porządku i wiary bez skazy wcale nie zachowywali się lepiej a w niektórych przypadkach wręcz gorzej. Dowódca całej wyprawy, barczysty wąsaty rębajło z zabandażowanym kolanem i buzdyganem w ręku, zdążył już dać w gębę kilku swym ludziom a nawet zdarzyło mu się bluźnić przeciw świętym i Najjaśniejszej Panience matce Jezusa.

Wartownik zbudził się z koszmaru który przed chwilą mu się przyśnił. Las pełen trupów wiszących na drzewie i krew – wszechobecna krew. Kruki żerujące na pobojowisku. Płomienie. Nie bardzo wiedząc czy to jeszcze sen czy już jawa nerwowo rozejrzał się dookoła, spojrzał przed siebie i zamarł. Chciał krzyknąć lecz nie zdołał wydać z siebie ani jednego dźwięku – widok stojącej kilka centymetrów od niego czarnej włochatej bestii odebrał mu mowę. Stwór przywodził na myśl stare opowieści mówiące o wilkołakach, choć jego sierść, kły i pazury były bardziej kocie niż wilcze. Wielkie niczym u byka nozdrza powoli wciągały powietrze a krótkie szpiczaste uszy obracały się we wszystkie strony wyłapując najdelikatniejsze dźwięki. Sekundę później w obozie rozpętało się piekło. Bestia potężnym cioseł łapy rozpłatała gardło sparaliżowanego strachem strażnika po czym jednym susem znalazła się na środku polany pomiędzy ogniskami. Płomienie strzeliły w niebo na kilka metrów, rozsiewając dookoła iskry i kawałki zwęglonego drewna. Pijani najemnicy zerwali się z ziemi jak oblani wrzątkiem chwytając za broń lub cokolwiek innego co znalazło się pod ręką. Kilku najbardziej schlanych zachwiało się w miejscu usilnie walcząc z zawrotami głowy i pijackimi majakami, nie znalazłszy ściany ani drzewa o które mogli by się oprzeć wszyscy wpadli plecami do ogniska. Wzmocniony magią żywiołu płomień objął ich prawie natychmiast parząc skórę, wypalając włosy i oczy. Widząc to Duch wydał z siebie mrożący krew w żyłach dźwięk mogący być zarówno zwierzęcym rykiem jak i ludzkim śmiechem.

– Sukinsyn, zajebać go! Zajdź go od tyłu … Celujcie w łeb!! Toż to sam diabeł nic się go nie ima! Kurwaaaaa moja ręka!! Kurrrrwa Zygfryd!! Potępieńcze krzyki wojowników mogące zbudzić umarłego przyciągnęły również uwagę Wilhelma który akurat poszedł się odlać. Rycerz zupełnie zapomniał o swej ranie, uszkodził opatrunek i świeże szwy, bandaże natychmiast przesiąkły krwią. Wbiegł na polanę nawet nie czując bólu – w biegu podniósł z ziemi zakrwawiony nadziak. Fala gorącego powietrza uderzyła go w twarz. Wszystko dookoła płonęło … trawa, drzewa a nawet ludzie. Jedynie poruszający się z szybkością błyskawicy olbrzymi czarny kształt nie zajął się ogniem. Duch po mistrzowsku unikał płomieni zapewne chroniąc się również swą magią, z każdym jego ruchem jeden człowiek chwytał się za gardło lub brzuch i padał na ziemię w fontannie krwi. – Czym ty u biesa jesteś? Czyżby sam Belzebub się po mnie pofatygował?! Trudno każdy musi kiedyś zdechnąć, jak mus to mus, nie ma wyjścia! Wilhelm zawahał się przez chwilę, był jednak odważny. Tego nie można było mu odmówić. Zaatakował bestię, przebiegł przez płomienie od których natychmiast zapalił się jego watowany kaftan, zdążył wbić ostrze nadziaka dokładnie pomiędzy żebra. W tym samym czasie twarde jak stal pazury przebiły się przez jego płuco i serce przechodząc przez ciało prawie na wylot.

Kruk który rankiem przysiadł na osmalonym od płomieni dębie nie zastał nikogo kto mógłby mu opowiedzieć o wydarzeniach zeszłej nocy. Polana przedstawiał obraz budzącej grozy mieszanki ciał, wnętrzności, krwi i śladów płomieni – coś takiego rzadko widywało się nawet na olbrzymich pobojowiskach. Na samym jej środku, otoczony wianuszkiem zmasakrowanych ciał, leżał niski półnagi mężczyzna w słusznym wieku z brodą i rozczochraną fryzurą przypominającą bardziej leśny mech niż włosy …


(c) Autor zastrzega sobie wszelkie swoje prawa do nieniejszego tekstu. Jego rozpowszechnianie bez zgody autora jest zabronione.

Autor będzie wdzięczny za wszelkie uwagi i komentarze do nieniejszego tekstu (które prosimy zamieszczać tutaj (sfera forum dostępna bez logowania)) i jego ocenę (gwiazdki).

Co sądzisz o tym wpisie?
  • Genialny (0)
  • Świetny (1)
  • Niezły (1)
  • Kiepski (0)
  • Beznadziejny (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O autorze

  • vikingviking

    Dawni Vikingowie byli kupcami, podróżnikami i wojownikami sławnymi w całym świecie. Mimo że nazwano ich barbarzyńcami we wczesnośredniowiecznej Europie nikt nie był w stanie im dorównać. Jako współczesny Viking będe posługiwał się na tym blogu innymi metodami niż moi duchowi przodkowie, mianowicie moją znajomością historii, archeologii i religii.

Archiwa

W ostatnich 7 dniach


12
Unique
Visitors
Powered By Google Analytics