O prześladowaniu chrześcijan uwag kilka

Tradycyjnie wyróżnia się 10 prześladowań (choć może to być konstrukcja teologiczna odwołująca się do 10 plag egipskich).

  • 1. Za Nerona (ok 64-68) – chrześcijanie oskarżeni o podpalenie Rzymu, skazani na śmierć za nienawiść rodzaju ludzkiego.
  • 2. Za Domicjana (r. 81-96) przez część historyków kwestionowane, mogło dotyczyć jednostek.
  • 3. Za Trajana (112-117) – ustalono procedurę postępowania z oskarżeniami o chrześcijaństwo w Bitynii.
  • 4. Za Marka Aureliusza (r. 161-180) – męczeństwo Polikarpa oraz 48 męczenników w Lyonie.
  • 5. Za Septimusza Severusa (202-210) – kilka ludowych pogromów.
  • 6. Za Deciusza (250-251). Pierwsze prześladowanie obejmujące całe Cesarstwo oparte na edykcie cesarza, który domagał się złożenia przez wszystkich ofiar. Formalnie chrześcijanie nie byli wymienieni w dekrecie.
  • 7. Za Waleriana (257-59) – prześladowania obejmujące kapłanów.
  • 8. Za Maksiminusa Traka (235-38).
  • 9. Za Aureliana (r. 270–275).
  • 10. Za Diocletiana i Galeriusza (303-324), tzw. Wielkie prześladowanie. Cesarz skierował cztery edykty przeciw chrześcijanom.

Spośród 54 cesarzy panujących między 30 a 311 rokiem prześladowania wiąże się z nazwiskami ok. 12, przy czym nie zawsze da się je potwierdzić w niechrześcijańskich źródłach. Większość z incydentów miała charakter lokalny i krótkookresowy. Największe nasilenie miało miejsce w ostatnim półwieczu wspomnianego okresu.

Wyobrażenie o prześladowaniach chrześcijaństwa w starożytności często opiera się na lekturze, albo co gorsza, filmowych adaptacjach Quo vadis, na które w umysłach przeciętnych widzów nakładają się polskie doświadczenia z okupacji wojennej czy antykomunistycznej konspiry. Chrześcijanie wywlekani z własnych łóżek przez funkcjonariuszy totalitarnego rzymskiego państwa w hełmach z pióropuszami na głowie i purpurowych płaszczach. Wleczeni na tortury, na których wymuszano przyznanie się do winy a potem tysiącami wrzucani na areny z wygłodniałymi bestiami. Żyjący w ustawicznym strachu, rozpoznający się po sekretnych znakach (jak słynna ryba) i ukrywający się w katakumbach, zagrożeni karą śmierci za przyznanie się do swego Boga. Prawdziwy holocaust. Ile taki obraz ma wspólnego z rzeczywistością?

Po pierwsze więc, państwo rzymskie nie było w żadnym razie państwem totalitarnym, które kontrolowałoby każdy ruch czy słowo, a tym bardziej myśl mieszkańców swych terytoriów. Nie mogło być, gdyż nie posiadało najbardziej podstawowych narzędzi: rozwiniętej biurokracji i aparatu tajnej policji inwigilującej wszelkie środowiska swą agenturą. Istnieli oczywiście szpiedzy i policja, a raczej dwa rodzaje policji: miejska, amatorska i niekompetentna (służba trwała rok, trudno w tym czasie nabrać doświadczenia) oraz profesjonalna, jaką stanowiły oddelegowane do tych celów jednostki wojskowe. Najważniejsze jednak, że ich celem nie było kontrolowanie obywateli, a jedynie zapewnienie spokoju w regionie, ewentualnie troska o regularne napływanie podatków.

Po drugie, przez pierwsze wieki, do prześladowań za Decjusza (250 r.) nie istniało żadne prawo, które by zakazywało wyznawania chrześcijaństwa, czy wiary w cokolwiek, co by komu odpowiadało (Ziółkowski 504). Za pierwszą, i dość reprezentatywną decyzję określającą postawę władzy wobec chrześcijan można uznać odpowiedź Trajana na list Pliniusza. Określał on, że nie należy w oskarżeniach o chrześcijaństwo w ogóle brać pod uwagę anonimów. Władzy nie zależało więc na wyłapaniu wszystkich chrześcijan, reagowała jednak na publiczne oskarżenie. Polityka taka chroniła z pewnością przed lekkomyślnym rzucaniem oskarżeń, za które na donosicielu mogłaby się zemścić nie chrześcijańska rodzina oskarżonego (por. Ziółkowski s.506). Do rzadkości należeli namiestnicy, którzy by czynnie tropili chrześcijaństwo. Oznacza to, że zasadniczo chrześcijanie nie musieli się ukrywać, choć nie czuli się z pewnością w pełni bezpiecznie. Dotyczy to zwłaszcza okresów niepokojów czy kataklizmów społecznych, gdy byli jednymi z pierwszych kandydatów do roli kozłów ofiarnych. Szukając analogii historycznych, sytuację chrześcijan w Imperium w pierwszych dwóch wiekach ich działalności porównać można do sytuacji Żydów w XIX Rosji (od początkowej tolerancji i presji na asymilację do pogromów pod koniec wieku), natomiast z całą pewnością nie ma analogii do sytuacji Żydów w III Rzeszy, jak to się czasami próbuje przedstawiać.

Po trzecie, aby umrzeć za wiarę, trzeba było tego chcieć, to znaczy bardziej cenić wiarę, niż życie. Władze rzymskie traktowały chrześcijaństwo jako zakaźną chorobę umysłową. Starczyło, że oskarżony wykazał choć trochę dobrej woli, nie musiał wcale wypierać się swego Jezusa, starczyło, iż zgodnie ze zwyczajem dopełni rytuału wobec Bogów ojczyzny. To, co zwykle prowadziło do śmierci to nie fakt posiadania określonych przekonań, ale fakt odrzucania innych, powszechnie w społeczeństwie przyjętych.

Jak wiadomo, w pierwszym historycznie potwierdzonym przypadku, gdy stali się kozłami ofiarnymi, którzy mieli odwrócić uwagę wzburzonego ludu rzymskiego po pożarze, jaki wybuchł za Nerona, choć śledztwa nie dowiodły ich winy, zostali skazani mimo to, gdyż to, co owe śledztwa ujawniły, w pełni uzasadniały w oczach urzędników wytypowanie właśnie tej grupy do spełnienia owej fatalnej roli.

O cóż takiego chrześcijanie byli oskarżani? Wszystkie powody niechęci do chrześcijan, i to zarówno (pierwotnie przede wszystkim) ze strony ludu, jak i ze strony państwa rzymskiego streszcza jedno słowo: superstitio. Zwykle przekładane jest na polski jako „zabobon”, jednak sami chrześcijanie dostarczyli nam znacznie lepszego terminu, który oddaje wszystkie odcienie znaczeniowe: „sekta destrukcyjna”. Nie jest to po prostu sekta, czyli odłam religii albo grupa wyznawców jakiejś doktryny, ale sekta, która ponadto charakteryzuje się szeregiem szkodliwych cech.

Definicji sekt destrukcyjnych jest wiele, najgłośniejszą jest ta, przyjęta przez raport MSWiA, która głosi co następuje: „zbiór ludzi o charakterze totalitarnym, naruszający podstawowe prawa człowieka lub zasady współżycia społecznego, która poprzez stosowanie technik psychologicznych i socjologicznych, wykorzystanie fizyczne, psychiczne lub materialne powoduje uzależnienie osoby od tej grupy lub jej przywódcy, a jej wpływ na jednostkę, rodzinę lub społeczeństwo ma charakter destrukcyjny”. Wkrótce czytelnik się sam przekona, na ile blisko było pierwotne chrześcijaństwo spełnieniu tej definicji.

Aby zrozumieć wrogość społeczeństwa rzymskiego wobec chrześcijaństwa należy sobie najpierw uświadomić charakter i rolę religii w starożytności. Była to religia jawna i ściśle związana z życiem społeczności. „Większość kultowych aktów miała charakter społeczny; ofiary składano w imieniu zbiorowości: państwa, rodziny, miasta, stowarzyszenia, a nie jednostek” (Wipszycka OSP: 151). Nikt nie miał nic przeciw temu, by ktoś czcił sobie jakiegoś własnego Boga, ale odmowa udział w kulcie społeczności oznaczała odcięcie się od tejże społeczności. Tak jak w sferze materialnej okazujemy swój związek ze społecznością np. płacąc podatki czy uczestnicząc w urzędach, tak związek w sferze duchowej, w sferze wartości, okazujemy uczestnicząc w ofiarach. Co więcej, obrzędy religijne towarzyszyły całemu życiu oficjalnemu zbiorowości, wszędzie były posągi Bogów, pełnienie urzędów wiązało się z religijnymi czynnościami. „Wyobraźmy sobie teraz – powiada prof. Wipszycka – że w pewnym momencie pojawia się grupa ludzi, którzy w kulcie nie chcieli uczestniczyć. W praktyce oznaczało to, że stawiają się poza życiem społecznym, z własnej woli zostają z niego wyłączeni.” Dlatego właśnie oskarżano chrześcijan o ateizm. Dla pogan nie była ważna sfera wierzeń, religia pogańska nie ingerowała w prywatne poglądy. Ważne było, aby czynem potwierdzić swą łączność ze społecznością. A społeczność była organiczną całością, ludzie byli za siebie współodpowiedzialni i ta współodpowiedzialność była wyrazem ich więzi społecznej. Jeśli wierzono, że Bogowie mogą być urażeni takim brakiem szacunku, odmową ich czci, co więcej mogą sprowadzić na społeczność za to karę, nic dziwnego, że właśnie jako taką karę za zniewagę ze strony występnych interpretowano wszelkie kataklizmy, które na społeczność spadały. Ktoś powie, że ze strony Bogów była to forma odpowiedzialności zbiorowej. Tak, gdyż Bogowie integrowali społeczności zamiast je dzielić. Stali na straży wspólnoty, która sama w sobie była czymś istotniejszym niż jednostka. Jezus postawił to na głowie:

Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie. Odpowiedział im: Któż jest moją matką i którzy są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką. (Mk 3,32-35)

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Mt (10,34-37)

W obydwóch tych wypowiedziach widzimy postawienie lojalności wobec wspólnoty na drugim planie. Uczniowie pojęli tę lekcję odszczekując się przed Sanhedrynem „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5,29). Co to znaczy Boga? Nawet zakładając, ze Bóg przemówił w Biblii, któż ma monopol na jednoznaczną interpretację tekstu? Czy chrześcijanie posłuchali Biblii przypisując Jezusowi bóstwo? Zdaniem społeczności Izraela – nie. Stwierdzenia te oznaczają tak naprawdę ogłoszenie prymatu indywidualnego widzimisie nad dobrem ogółu.

Biblia, to oczywiście jedynie program chrześcijański, nie przesądza, czy faktycznie oddziaływanie tej nowej religii było tak destrukcyjne, jak to przewidywali ewangeliści. O tym, że było takie faktycznie, wiemy z polemiki między Celsusem a Orygenesem.

Celsus zarzuca chrześcijanom dokładnie to, co dzisiaj chrześcijanie zarzucają sektom:

„Widzimy, że w poszczególnych domach prywatnych grępląrze, szewcy, folusznicy, ludzie nieokrzesani i prości nie ośmielają się wyszeptać słowa w obecności starszych i poważniejszych panów; kiedy jednak spotkają się na osobności z dziećmi i kobietami równie prostymi jak oni, opowiadają im przedziwne historie: że nie należy słuchać ojców i nauczycieli, a raczej tylko im trzeba wierzyć; że tamci są głupcami i szaleńcami; że nie mogą dostrzec ani zrobić nic naprawdę szlachetnego, zajęci próżnymi głupstwami, a tylko oni jedni wiedzą, jak należy żyć; że jeśli uwierzą ich słowom, będą szczęśliwi sami i ich bliscy. A jeśli mówiąc to zobaczą, że zbliża się któryś z nauczycieli młodzieży, ktoś poważniejszy albo sam ojciec rodziny, lękliwi uciekają w popłochu, zuchwali zaś podburzają dzieci do buntu, szepcą im do ucha, że w obecności ojca lub nauczycieli nie będą mogli ani chcieli wyjaśnić dzieciom tych wszystkich wspaniałości; że wzbudza w nich odrazę głupota i okrucieństwo tych zdemoralizowanych ludzi, pełnych najgorszej niegodziwości i kroczących drogą występku, którzy by ich na pewno ukarali; ale jeśli chcą się czegoś nauczyć, niechaj porzucą rodziców i nauczycieli i idą z kobietami i towarzyszami zabaw na zebranie kobiet albo do pracowni szewca lub do foluszni, a tam osiągną doskonałość. Taka jest ich argumentacja” (Orygenes, III,55).

Ważniejsze jest jednak, co na to odpowiada Orygenes. Zaprzecza? Bynajmniej, stara się raczej podważyć autorytet wspomnianych przez Celsusa nauczycieli i ojców. Dokonuje tego przy pomocy własnej doktryny, która jest jedynym wyznacznikiem tego, co dobre.

„A zatem owi nauczyciele porównani przez Celsusa ze spotykanymi po domach gręplarzami, szewcami, folusznikami, ludźmi prostymi i nieokrzesanymi, nie chcą ani nie mogą w obecności ojca i nauczycieli uczyć dzieci o tym, co dobre. Spytamy o jakim ojcu mówisz, mój drogi, o jakim nauczycielu? Jeśli o takim, który pochwala cnotę, brzydzi się występkiem i dąży do dobrego, to się dowiedz, że w jego obecności odważnie odkryjemy młodzieży nasze tajemnice, spodziewając się nawet pochwały z jego strony. Milczymy natomiast w obecności ojca, który jest wrogiem cnoty i uczciwości, w obecności nauczyciela, który uczy o sprawach sprzeciwiających się zdrowemu rozsądkowi. Nie zarzucaj nam tego jako błędu, bo zarzut twój będzie nierozsądny.” (Orygenes III,58)

Oczywiście, dość łatwo przy pomocy nauczania Jezusa udowodnić, że w zasadzie każdy jest grzesznikiem, w tym Galilejczyk był wirtuozem (przypomnijmy zalecenia z Kazania na Górze, gdzie grzechem jest spojrzenie czy myśl), bo któż jest bez grzechu. Oczywiście czytelnik może dać wiarę Orygenesowi, iż rozbijanie rodzin i podważanie autorytetu nauczycieli dotyczyło tylko występnych. Faktem pozostaje, że było to rozbijanie tkanki społecznej i to na mocy jakiego autorytetu? Bynajmniej, nie na mocy prawnie ustanowionego urzędu w oparciu o reguły prawa i procedury sądowe (jak to i dzisiaj czyni państwo), nawet nie publicznie rzucone oskarżenie. A wyłącznie w oparciu o zalecenia ustanowionej przez jakąś sektę doktryny, interpretowanej (bez żadnej przecież ścisłej kontroli) przez osobników, którzy sami siebie czynili sędziami moralności nad współobywatelami i dawali sobie prawo do decydowania o życiu ich rodzin. Żadnych oskarżeń, dowodzeń, po prostu: kaznodzieja uznał, iż ma do czynienia z człowiekiem nieuczciwym, zatem można podburzać przeciw niemu domowników. A jaki jest najpewniejszy test na uczciwość? Sekciarze wszelkich czasów znają jeden, prawdziwie niezawodny: skoro nasza doktryna jest najwyższą prawdą, to zaprzeczyć jej mógłby tylko ktoś głupi, albo występny niewolnik szatana.

Z publicznego charakteru kultu pogańskiego wynika coś jeszcze: chrześcijanie nie mogli się ukryć. W społeczności, gdzie każdy znał każdego, a przynajmniej swoich sąsiadów nie było po prostu możliwości, aby nieobecność przy ofierze pozostała niezauważona (por. Wipszycka OSP:173). Legendę chrześcijańskiej konspiracji możemy zatem włożyć między bajki. Jeśli zatem Kościół się rozwijał, to dlatego, że w większości miejsc i przez większość czasu był tolerowany. Tolerancja nie oznacza akceptacji, nie wyklucza wrogości. Oznacza, że chrześcijanie mogli spokojnie żyć, otoczeni wrogością i niechęcią społeczności, od której się odseparowali, i którą rozbijali. Towarzyszyło temu zresztą w istocie jawne wrogie ustosunkowanie się do samego społeczeństwa, określanego jako „bestia” czy „nierządnica babilońska”, które to określenia odnoszono właśnie do Rzymu.

Dodatkowym czynnikiem wzmacniającym nieufność i będącym źródłem najwymyślniejszych plotek był ukryty – w przeciwieństwie do jawnego kultu Bogów – charakter obrzędów chrześcijańskich. Witanie się pocałunkami i docierające do ogółu informacje o spożywaniu ciała i krwi rodziły najmroczniejsze skojarzenia i oskarżenia o kanibalizm i orgie seksualne.

Zwykle prześladowania dotykały zresztą niewielkiego procenta osób, na co wskazuje Wipszycka w analizie prześladowań w Kartaginie za Decjusza: były to osoby publiczne, żyjące „na widoku”, a zatem predysponowane do roli reprezentanta (a zatem najczęściej biskupi). Po drugie były to osoby, które wzbudziły czyjąś indywidualną zawiść. Szczególnie pilnie urzędnicy przyglądali się reprezentantom własnych warstw społecznych. W trakcie prześladowań Decjusza, o ile zwykle złożenie ofiary zwalniało od wszelkich kar, to w przypadku warstwy senatorskiej nawet apostazja nie chroniła przed wygnaniem i konfiskatą majątku (Ziółkowski 532)

Istniało też wiele okoliczności, które znacząco łagodziły skutki prześladowań. Gdy na mocy dekretu Decjusza należało wobec komisji złożyć publicznie ofiarę, respektowano tu zasadę reprezentacji, co umożliwiało rodzinom dwuwyznaniowym oddelegowanie jednego ze swych członków – poganina – do spełnienia tego obowiązku. Czynili tak czasem nawet sami chrześcijanie, biorąc na siebie ten „straszny grzech”, aby ochronić przed nim resztę rodziny.

Często praktykowano też łapówki i protekcje, i to na różnym etapie postępowania – począwszy od wykupienia się z obowiązku ofiary, skończywszy na wykupieniu się z więzienia. Wielu uboższych wybierało emigrację. Państwo nie ścigało ich, czy to dlatego, że uznawało, iż nie jest to warte zachodu, czy też po prostu z braku odpowiedniego aparatu policyjnego.

Bardzo dużo chrześcijan, zwłaszcza zamożnych, po prostu przystępowało do składania ofiar. Skala odstępstw (odstępcy zwani byli lapsi, czyli upadli) była tak duża, że zrodziła w Kościele poważną kontrowersję i okazję do schizmy i wyłonienia kolejnej sekty: rygoryści bowiem uważali, że wobec tych upadłych należy okazać surowość i skazać ich na surową pokutę, inni byli za zbiorową amnestią.

Żywoty męczenników pełne są opisów, jak to gmina troszczyła się o uwięzionych, odwiedzała ich, przekupywała strażników, by zapewnić swym pojmanym członkom lepsze warunki. Co ważne – nikt nie represjonował tych odwiedzających, nie aresztował ich, choć przecież jasne było, że to również chrześcijanie (Wipszycka:165). Namiestnicy nie wszczynali też zwykle żadnych represji wobec chrześcijańskiego tłumu, który towarzyszył swoim biskupom przy egzekucji (jak w przypadku św. Cypriana). Co najwyżej aresztowano kilka osób, co wskazuje, iż chodziło przede wszystkim o zastraszenie, ukaranie dla przykładu, a nie eksterminację. Wipszycka tak podsumowuje swoje analizy:

„jeśli nie istniały szczególne okoliczności (ostre konflikty z otoczeniem, nader gorliwi urzędnicy odpowiedzialni za przebieg akcji, bardzo aktywna grupa miejscowej pogańskiej elity pilnującej rygorystycznie realizacji cesarskich zaleceń), to większość przeciętnych chrześcijan wymykała się prześladowaniom, pod warunkiem powstrzymania się do postaw prowokacyjnych” (177).

No właśnie. Wypada zająć się teraz niezwykle istotną kwestią. Rzymianie uważali religię chrześcijańską nie tylko za szkodliwą społecznie, ale również za rodzaj choroby umysłowej.

W zasadzie z dwóch powodów. Po pierwsze, reprezentowali zupełnie inny typ religijności. Religijność pogańska była dostojna, spokojna i skrupulatna, wyrażała szacunek do Bogów poprzez zachowanie dystansu i panowanie nad sobą. Jednocześnie było to oczekiwanie na szacunek ze strony Bogów (jak mówi hymn do Zeusa Kleantesa z Assos „Abyśmy, przez cię uczczeni, i tobie się czcią odpłacili”). Tymczasem zachowania „pełne przesadnej, obsesyjnej gorliwości i niepokoju, napięcia czy też gwałtownych uczuć, budziły nieufność. Widziano w nich odchylenie od społecznej normy, objaw choroby psychicznej”. Nazywaną taką chorą religijność dejsidajmonia (lęk przed demonami) albo właśnie superstitio – zabobon. Cechy te spełniało chrześcijaństwo. Gminy były (jak to widzimy choćby w 1 Tes) ogarnięte oczekiwaniem na „rychłe przyjście Pana”, który wywróci wkrótce cały porządek społeczny. W tej perspektywie dobra doczesne, nawet własna rodzina, państwo traciły na znaczeniu. Nastroje apokaliptyczne pogłębiały więc – z chrześcijańskiej strony – izolację. Do tego dochodziło zupełnie szalone zachowanie w trakcie samych prześladowań. Jeden przykład pozwoli to zilustrować: wśród wielu wyrozumiałych namiestników zdarzali się okrutnicy. Przed jednym z nich, jak podaje Tertulian (Do Skapuli 5), w roku 184-185 „stawił się z własnej woli cały tłum chrześcijan. Miał on wówczas pochwycić kilku, reszcie zaś rzekł: Nedznicy, jeśli chcecie umrzeć, to macie przecież przepaści i powrozy!” (Za Wipszycka 160).

Że takie postawy nie były zupełnie odosobnione, co więcej chwalone i promowane przekonuje żywot świętego Floriana:

Florian stał załogą ze swym oddziałem w mieście Laureaku w Austrii Górnej. Gdy cesarze Dioklecjan i Maksymian wydali okrutny rozkaz prześladowania chrześcijan, Florian był właśnie w podróży, mimo to wnet się dowiedział, że Akwilinus, namiestnik prowincji, w której jego oddział stał załogą, wszędzie śledzi chrześcijan i każe ich więzić, aby tym sposobem odwieść ich od wiary chrześcijańskiej, i że już czterdziestu wyznawców wydał na śmierć męczeńską.

Zaledwie usłyszał tę smutną wieść, wybrał się natychmiast z powrotem do Laureaku w celu napomnienia i dodania otuchy bojaźliwszym chrześcijanom, a w razie potrzeby, aby im pokazać na samym sobie, jak za tę wiarę wszystko na świecie poświęcić należy. Kiedy przechodził przez most wiodący do miasta, spotkał się z oddziałem żołnierzy i dowiedział się, iż wysłano ich, aby chwytali chrześcijan, gdziekolwiek ich znajdą. Pełen odwagi odezwał się do nich: „Czemuż szukacie daleko? Patrzcie, oto ja jestem chrześcijaninem! Idźcie i oświadczcie to namiestnikowi!” Żołnierze pochwycili go bezzwłocznie i zawiedli przed Akwilina. Namiestnik bardzo się zasmucił, usłyszawszy, że Florian, dowódca oddziału, wysoko ceniony w całym wojsku, wyznaje religię chrześcijańską i stawia opór rozkazom cesarskim, zaczął go więc namawiać głosem pełnym przychylności, aby złożył bogom ofiary, nie zrywał z towarzyszami stosunków przyjaźni, a jego samego nie zniewalał do surowości. Florian wysłuchał go cierpliwie, potem jednak stanowczo oświadczył, że bogom nigdy ofiary nie złoży i że gotów jest iść na wszelkie męki dla miłości Chrystusa.

Żywoty męczenników pełne są takich scen, albo podobnych gdzie lokalny namiestnik odwołuje się do rozsądku, w zamian za co słyszy, że służąc jego Bogom oddawałby usługi szatanowi (* ) Wiele z tych opowieści kończy się stwierdzeniem zrezygnowanego urzędnika „Niech więc umiera, kiedy śmierci pragnie”(*). Najznamienitszym przykładem takiej postawy jest Ignacy Anticheński, którego listy (zwłaszcza do Rzymian) pełne są marzenia o tym, by być ziarnem zmielonym przez bestie na arenie na mąkę z której będzie chleb Chrystusa. Zakazuje on rzymskim chrześcijanom jakichkolwiek starań o jego uwolnienie, nawet, jeśliby on sam, w słabości, potem o to prosił.

Cóż począć miał namiestnik, gdy podejrzany sam się do niego zgłaszał, odmawiał zaprzeczenia ciążącej na niego winie (a to by w zupełności wystarczyło) czy jakiejkolwiek formy skruchy, co więcej swoimi twierdzeniami obrażał porządek społeczny, Bogów, czasem nawet cezara? Wielu zbitych z tropu uznawało, że ma do czynienia z osobami niezdrowymi na umyśle – czy to zresztą dziwne? – i ich wypuszczało, nawet jeśli aresztowanie miało miejsce na skutek publicznego oskarżenia. Inni, często pod naciskiem lokalnej społeczności zwyczajnie dawali delikwentowi to, o co prosił.

Samooskarżenia chrześcijan, zdaniem Wipszyckiej, częściej dotyczyły warstw biedniejszych: „Wśród biedoty miejskiej (w Egipcie także wśród chłopów dość obojętnie traktowanych przez władzę), stosunkowo łatwo pojawiały się jednostki tak gwałtownie pragnące męczeństwa, że widzące przed sobą samooskarżenie jako jedyną drogę ku niebiosom.” (177)

Zastanawiam się, czy w ogóle należałby ich wliczać w sumę ofiar prześladowań. Czy w liczbę ofiar katastrof kolejowych wlicza się samobójców kładących swoje głowy na torach? Ogólną tą liczbę zresztą bardzo trudno określić. Edward Gibbon, osiemnastowieczny historyk oszacował ją na ok. 2000 ofiar. Dzisiejsi historycy powstrzymują się od szacunków, uznając, że określenie choćby przybliżonej liczby jest zasadniczo niemożliwe, i uważając, że nawet te 2000 to o 2000 za dużo.

Porównajmy to jednak z 3 tysiącami ofiar rozruchów między chrześcijanami – „ortodoksami” a arianami w samym Konstantynopolu oraz 300 tysiącami zamordowanych katolików przez arian w Mediolanie, 200 tysiącami chrześcijan, którzy ponieśli śmierć w wyniku zamieszek monofizyckich w Aleksandrii, czy 100 tysiącami paulicjan zgładzonych przez cesarzową Teodorę (*). Z bliższych nam czasów nasuwa się inne porównanie: przez niemal 300 lat istnienia chrześcijaństwa zginęło (najprawdopodobniej) mniej jego wyznawców, niż w noc św. Bartłomieja 1572 roku, kiedy to zamordowano ok. 3000 hugenotów, za co papież odprawił mszę dziękczynną.

Chrześcijanie niewątpliwie zasługują na współczucie. Sądzę jednak, że równie ważnym, a może nawet ważniejszym powodem tego współczucia niż sam fakt podlegania prześladowaniom jest fakt, iż zostali chrześcijanami, iż dali się zwerbować do tej toksycznej sekty. Bo czyż grupa, która odcina się od społeczeństwa oczekując jego rychłej zagłady, odrzucająca społeczne wartości wyrażone w religii w formie Bogów, a nawet określająca je jako wcielenie zła, rozbijająca w imię swej ideologii rodziny, niezdrowo roznamiętniona i rozgorączkowana, skłaniająca własnych członków do dobrowolnego zgłaszania się na śmierć nie jest godna nazwania jej mianem destrukcyjnej sekty?

Osobną kwestią wartą rozpatrzenia jest problem skuteczności prześladowań, jako środka zaradczego. Chrześcijańska historiografia tryumfalnie obwieszcza ich nieskuteczność, czy nawet przeciwskuteczność. Czy faktycznie mamy podstawy do takich twierdzeń? Kto wie, może gdyby nie prześladowania chrześcijaństwo zatryumfowałoby wcześniej? Faktem jest, na co wskazują choćby listy Cypriana, że Kościół miał w rezultacie olbrzymie problemy (i to nie z powodu straconych, a z powodu apostatów). Niewątpliwie, ostatnie, wielkie prześladowania były już mocno spóźnione, podobnie zresztą jak reformy religijne Juliana, które powinien moim zdaniem laika wprowadzić Marek Aureliusz. To jednak temat na oddzielne rozważania.


Bibliografia
  • A. Ziółkowski, Historia Rzymu, Poznań, 2005 (ss.503-507;531-536).
  • E. Wipszycka, O starożytności polemicznie, (zwłaszcza rozdziały: Chrześcijaństwo a władze rzymskie, 150-156, Chrześcijanie przed sądem. Aparat represji cesarskiego Rzymu, 157-169, Kto padł ofiarą prześladowań, 170-180)
  • E. Wipszycka, Państwo rzymskie a chrześcijaństwo do początków IV wieku, w: Starożytny Rzym we współczesnych badaniach, UJ, 1994 (ss.149-189).
  • B. Ehrman, Przeinaczania Jezusa, 2009, (ss.226-230).
  • http://users.erols.com/mwhite28/romestat.htm
  • http://ruda-parafianin.republika.pl/swi/swis.htm
  • http://www.religionfacts.com/christianity/history/persecution.htm
  • Orygenes, Przeciw Celsusowi.
Co sądzisz o tym wpisie?
  • Genialny (2)
  • Świetny (4)
  • Niezły (1)
  • Kiepski (1)
  • Beznadziejny (0)

2 thoughts on “O prześladowaniu chrześcijan uwag kilka

  1. Pingback: Apologia antychrysta | Katedra Rutiliusa

  2. Pingback: Origins of antisemitism - Page 5 - Historum - History Forums

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O autorze

  • ZoroastresZoroastres

    Mój pseudonim pochodzi od bohatera książki Nietzschego, mojego ulubionego filozofa. Jestem hellenistą reformowanym, współautorem projektu Olympeion, w ramach którego szukamy współczesnych form dla swej wiary (patrz też blog olympeion). Hobbystycznie zwalczam monoteizmy, takie jak chrześcijaństwo czy islam (na blogu panislam). Łączę w tej krytyce podejście socjologiczne z inspiracjami nietzcheańskimi. Nie mam natomiast - wbrew pozorom - nic wspólnego z zaratustrianizmem. Przeczytaj też : wywiad ze mną

Archiwa

W ostatnich 7 dniach


14
Unique
Visitors
Powered By Google Analytics