Czy Jezus miał żonę?

W starożytności głównymi kwestiami nurtującymi chrześcijańskich teologów zbierających się na soborach było: czy Chrystus miał jedną naturę czy dwie, czy była ona tożsama czy tylko podobna do natury Boga-ojca, czy miał jedną wolę czy dwie wole (boską i ludzką) etc. Teologowie ci zapewne bardzo by się zdziwili, gdyby dowiedzieli się, że w XXI wieku główną kwestią chrystologiczną będzie: czy Jezus miał żonę. W istocie jednak problem jest ciągle ten sam, to (delikatnie, bardzo oględnie, eufemistycznie mówiąc) bardzo odważne twierdzenie chrześcijaństwa, że Jezus był Bogiem, synem Jedynego. Zmieniła się jedynie metoda, przy pomocy której z kwestią tą współcześni chrześcijanie starają się zmierzyć. Metoda filozoficzna (w dobie dominującego w filozofii subiektywizmu) mało kogo jest w stanie przekonać. Protestantyzm zwrócił się więc do badań filologicznych. I tutaj okazało się, że po odsianiu wszystkich fałszerstw, pomyłek i przeinaczeń, fragmentów, w których Biblia (tj. „Słowo Boże”) wprost przypisuje Jezusowi boskość jest żałośnie mało i pochodzą z najmłodszych warstw Nowego Testamentu. Rzekome proroctwa Starego Testamentu, mające zapowiadać nadejście mesjasza i jego mękę okazały się albo nie być wcale proroctwami, ale wyrwanymi z kontekstu frazami, albo oznaczać nie do końca to, co się chrześcijanom wydawało.

Jeszcze trudniej jest podtrzymywać wiarę w boskość Jezusa dzisiaj, gdy badania wykroczyły już poza wąską filologię, ale obejmują archeologię, porównawczą historię religii, socjologię, psychologię i inne nauki społeczne. Przeciętnemu katolikowi, który o starożytnej Palestynie myśli wyłącznie w terminach „Ziemi świętej”, czy „Ziemi Obiecanej”, kraina ta jawić się może niezwykle tajemniczo czy wręcz baśniowo, z jasnym podziałem na role złych (Żydów) i dobrych (apostołów i nawracających się Rzymian). Współczesne badania ukazują tymczasem Judeę i Galileę w całej bolesnej realności, z wszelkimi napięciami politycznymi, ekonomicznymi, wzajemnymi wpływami kulturowymi, migracjami, ale i jako arenę całkiem osobistych waśni, wrogości, miłości czy lojalności.

To jest właśnie realny kontekst życia Jezusa, kontekst, przy świadomości którego coraz trudniej bronić starożytnego dogmatu o jego boskości. Najpierw zakwestionowano jego cuda (zwłaszcza tzw. „cuda natury”, w których przejawiać miała się jego władza nad przyrodą), ale obecnie, jak się wydaje, ulubioną metodą podważanie tej boskości jest dowodzenie, iż kaznodzieja z Nazaretu posiadał też całkiem normalne życie erotyczne. Dla poganina to oczywiście żaden argument, gdyż Bogowie właśnie posiadają całkiem normalne życie erotyczne, ale chrześcijanie zgrzytają zębami. Już wcześniej usiłowali (wbrew zapisom samej Biblii) pozbawić życia erotycznego matki Jezusa, dowodząc, że miała tylko jednego syna, a i to w sposób cudowny nie naruszyło jej dziewictwa, teraz więc wszelkie insynuacje, iż sam Jezus mógł mieć żonę, czy choćby być kimś (np. Marią z Magdalii) zainteresowany każe zwoływać hufce obrońców jedynej prawdziwej wiary.

Sprawa na pozór wydaje się dużo prostsza. O ile bowiem Biblia wprost mówi o braciach i siostrach Jezusa, o tyle nie mówi nic o żonie Jezusa. Aby dowieść, iż Jezus wcale nie był tak zawziętym celibatariuszem, jak przedstawiają go chrześcijańscy celibatariusze pozostają więc dwie drogi: wnioskować z przemilczeń lub tego, co może wydawać się pozostałością po wzmiance o stanie małżeńskim Jezusa w samej Biblii, albo wykroczyć poza nią. Za przykład pierwszego podejścia może posłużyć analiza wesela w Kanie galilejskiej (ew. Jana) przeprowadzona przez twórców teorii o Jezusie małżonku Marii Magdaleny – Michaela Baigenta i Richarda Leigha. Zadają oni całkiem sensowne skądinąd pytanie (jeśli dobrze pamiętam, to w Testamecie mesjasza): skoro Jezus miałby być na tym weselu tylko gościem (pomijając, że trochę dziwne, iż zaproszonym razem z uczniami i matką), to dlaczego do niego zwraca się matka z problemem braku wina, a następnie rozkazuje sługom, by czynili to, co Jezus im każe. Zdaniem autorów wszystko staje się jasne, jeśli przyjmiemy, iż było to właśnie wesele Jezusa. Aby zataić ten fakt, wystarczyło wszak przesunąć imię Jezusa z z wersu pierwszego „odbyło się wesele Jezusa) do drugiego (zaproszono Jezusa i jego uczniów), a potem zamienić „Jezusa” na „pana młodego” w wersie 9. Cóż, nie takie manipulacje zna tekstologia Nowego Testamentu. Nawet jednak, gdyby ktoś kiedyś natrafił na wariant tekstu wspierający tę hipotezę, to niestety niczego on nie dowodzi. Wiadomo bowiem, że jeśli chodzi o anonimowego autora „Ewangelii Jana” (występującego w tekście pod określeniem „umiłowany uczeń”), że jego podejście do historii jest hmmm…. w najwyższy stopniu teologiczne (w najgorszym sensie tego słowa).

Tycjan, Noli me tangere

Jeszcze mniej przekonujące są znalezione teksty gnostyków zawierające wypowiedzi Jezusa określające kogoś jako jego małżonkę. Gnostycy do historii mieli w ogóle wyjątkowo luźny stosunek, historyzowali metafory, metaforyzowali historie, więc ma to takie znaczenie, jak występowanie Oblubienicy Chrystusa w Apokalipsie czy liście do Efezjan (chodzi tam po prostu o metaforę Kościoła).

Nad tego typu argumentami dość łatwo zatryumfować katolickim apologetom. Dobrym przykładem może być zamieszczony w świątecznym numerze „Do rzeczy” fragment książki Pawła Lisickiego. W tekście tym znajduję ciekawy argument, który jednak ostatecznie obraca się przeciw autorowi. Lisicki zwraca uwagę, że w ewangeliach, o ile pojawiają się głosy krytyczne w stosunku do Jezusa za to, że przebywał z grzesznikami, nie stosował postów etc. i zarzuty te zawsze stają się dla redaktorów ewangelii okazją do „dobrej odpowiedzi”, to nigdzie nie czyni się Jezusowi zarzutu z powodu tego, że podróżuje z niewiastami (nazwijmy to tezą A). Lisicki pisze:

być może głównym powodem milczenia w tej sprawie jest właśnie praktykowany przez Jego wspólnotę celibat – rzecz godna podziwu i wzbudzająca powszechny szacunek.

Wcześniej celibat ten czyni czymś wyróżniającym tę wspólnotę spośród innych (nazwijmy to tezą B):

wszyscy oni, Jezus, Dwunastu, Maria Magdalena, Joanna i Zuzanna, uczynili siebie eunuchami dla Królestwa Niebieskiego, dzięki czemu stała obecność kobiet nie budziła zgorszenia i nie wywoływała skandalu.

Należy pochwalić autora, iż odwołał się do oryginalnego, grackiego sensu wypowiedzi Jezusa, która szarym katolikom znana jest w znacznie złagodzonej wersji („a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni”). Niestety, cała argumentacja zaczyna się chwiać, w momencie, gdy uwzględnimy kontekst historyczny. Okaże się wówczas, że teza B w istocie podważa tezę A.the-passion-of-the-christ_12408

Należy najpierw odpowiedzieć na pytanie, czy faktycznie celibat był czymś wyróżniającym w ówczesnej Palestynie. Wydaje się, że nie. Do dziś słychać głosy, iż praktykowali go esseńczycy (o których, co ciekawe, ewangelie nie wspominają). Jest to jednak nieporozumienie i to nieporozumienie istotne. Korzenie tkwią w starożytnych źródłach na temat esseńczyków: Józefie Flawiuszu i Filonie z Aleksandrii. O ile pierwszy z nich twierdził, że tylko niektórzy z nich mieli żony, to drugi opisywał ich właśnie jako praktykujących celibat, a czynił to o to, by przedstawić ich jako jedną z filozoficznych sekt judaizmu. (Później również chrześcijanie podszywali się pod sektę filozoficzną chcąc się odróżnić od normalnych religii). Zupełnie inny stosunek do małżeństwa ukazują jednak teksty samych esseńczyków, które szczęśliwym trafem dotrwały do nas w grotach Qumran. Oddajmy głos specjaliście

Qumran

Qumran

 Esseńczyków zwykło się przedstawiać jako żyjących w stanie bezżennym. Teksty z Qumran nic zawierają jednak najmniejszej wzmianki o bezżenności. Kto czyta te teksty bez uprzednich założeń, temu nie przyjdzie nawet na myśl, że esseńczycy mogli powstrzymywać się od małżeństwa czy nawet nim gardzić. Jak wyjaśnić tę sprzeczność?
Starożytny judaizm uważał, że rozmyślne powstrzymywanie się mężczyzny od związku małżeńskiego jest ciężkim wykroczeniem wobec Tory. Pierwsze przykazanie Boże, skierowane w szóstym dniu stworzenia do ogółu ludzi, mówi bowiem: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” (Rdz 1,28). Judaizm rozumiał zawsze to przykazanie jako podstawę obowiązku małżeńskiego dla wszystkich ludzi. W całej tradycji żydowskiej znany jest tylko jeden rabbi, który się nie ożenił, stawiając wyżej studium Tory niż troskę o własną rodzinę. Taka postawa została ostro skrytykowana jako ciężkie wykroczenie przeciw Bożemu nakazowi stwórczemu (Talmud babiloński, Jebamot 63b). Podobnie trzeba rozumieć słowa Jezusa o „bezżennych dla Królestwa niebieskiego” (Mt 19,12) jako uzasadnienie Jego własnej bezżenności. Obydwa te przykłady są wyjątkami w ramach dawnego judaizmu. Nic podobnego nie występuje u esseńczyków.
A jednak esseńczycy sami przyczynili się do tego, że uważano ich za bezżennych. Podstawą tego osądu są trzy różne przyczyny, które jednak nie mają nic wspólnego z dobrowolnym celibatem. (H. Stegemann, Esseńczycy z Qumran, Jan Chrzciciel i Jezus s. 226)

Czy faktycznie Jezus jest „drugim wyjątkiem” – o tym za chwilę. Ważne jednak jest odpowiedzieć na pytanie, dlaczego esseńczycy wydawali się bezżennymi. Może to bowiem mieć też zastosowanie jako wyjaśnienie „bezżenności” Jezusa. Po pierwsze dlatego, że w odróżnieniu od innych Żydów nigdy nie zabierali ze sobą kobiet do synagogi. Zawierali również małżeństwa znacznie później niż inni Żydzi, bo nie w wieku 16-17 lat (tak było w praktyce, bo teoretycznie pełnoletniość osiągali w wieku 13 lat), ale dopiero po ukończeniu lat 20. Najważniejszy był jednak powód teologiczny. Otóż bardzo poważnie potraktowali oni zapis księgi rodzaju (1, 27) o stworzeniu przez Boga jednej kobiety i jednego mężczyzny. Oznaczało to dla nich, że mężczyzna może mieć tylko jedną żonę, podczas gdy większość żydów i później chrześcijan interpretuje to zwykle, iż nie można mieć więcej niż jedną żonę na raz. Wziąwszy pod uwagę wysoką śmiertelność kobiet związaną z porodami, oraz to, że współżyli seksualnie wyłącznie w „dni płodne”, nic dziwnego, że znaczną część esseńczyków stanowili wieczni wdowcy.

Czy wynika z tego coś dla sprawy ożenku Jezusa? Po pierwsze: skoro nakaz ożenku był bezwarunkowym nakazem Tory, a Jezus już o kilkanaście lat (w momencie rozpoczęcia się akcji ewangelii) przekroczył normalny wiek na zawarcie małżeństwa, to – jeśli nie miał żony – w ewidentny sposób łamał fundamentalne przykazanie judaizmu. A skoro tak, to musiałoby to wiązać się ostrą krytyką. Trudno by zrozumieć, dlaczego wrogowie Jezusa mieliby się czepiać takich szczegółów jak nie przestrzeganie postów (które były raczej aktem pobożności nadobowiązkowej) a pominęli tak doskonałą okazję do dopieczenia rywalowi, jaką było jego permanentne trwanie w grzechu. Ale niczego takiego nie znajdujemy w ewangeliach, niczego nawet, co by sugerowało, że jest to dla otoczenia problem. Dlatego uważam, że milczenie ewangelii należy interpretować jako argument za tym, że Jezus żonę jednak miał.

Warto pójść tropem esseńskim jednak krok dalej, bo pozwoli to wyjaśnić nie tylko to, że w ewangeliach nikt nie czyni zarzutu Jezusowi z powodu bezżenności, ale również to, dlaczego ewangelie nic o żonie Jezusa nie mówią. Najbardziej prawdopodobnym tego wytłumaczeniem jest to, że żona Jezusa musiała już wówczas nie żyć (dokładnie tak katolicy wyjaśniają teściową Piotra). Jezus dojść mógł po prostu do tych samych wniosków w kwestii małżeństwa co esseńczycy (niekoniecznie od nich zapożyczając). Przypomnijmy, że argumentując przeciwko rozwodom odwołuje się właśnie do księgi Rodzaju („Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela. Mt 19,4-6)

Alternatywnym wyjaśnieniem byłoby porzucenie żony przez Jezusa, co uprawdopodabniają  takie jego wypowiedzi jak ta: „każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole” (Mt 19,29). Rzecz wyjątkowo warta przemilczenia przez chrześcijan w kontekście późniejszej troski o „ubogich, sieroty i wdowy”).

Dla poganina oczywiście nic to nie zmienia. Boskość to nadmiar określonej, twórczej i zapładniającej mocy, stąd Bogowie nie ograniczają się ziemskim rozumieniem małżeństwa, nawet jeśli nas śmiertelników zachęcają do monogamii. Cóż, chciałoby się powiedzieć: „każdy ma takich bogów, na jakich zasługuje”, ale byłoby to krzywdzące w stosunku do wielu wybitnych chrześcijan…

Co sądzisz o tym wpisie?
  • Genialny (4)
  • Świetny (3)
  • Niezły (1)
  • Kiepski (3)
  • Beznadziejny (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O autorze

  • ZoroastresZoroastres

    Mój pseudonim pochodzi od bohatera książki Nietzschego, mojego ulubionego filozofa. Jestem hellenistą reformowanym, współautorem projektu Olympeion, w ramach którego szukamy współczesnych form dla swej wiary (patrz też blog olympeion). Hobbystycznie zwalczam monoteizmy, takie jak chrześcijaństwo czy islam (na blogu panislam). Łączę w tej krytyce podejście socjologiczne z inspiracjami nietzcheańskimi. Nie mam natomiast - wbrew pozorom - nic wspólnego z zaratustrianizmem. Przeczytaj też : wywiad ze mną

Archiwa

W ostatnich 7 dniach


7
Unique
Visitors
Powered By Google Analytics